PolishOrigins™ :: Opowieść Teda

Jestem Australijczykiem. Polskiego pochodzenia. 

Rozdział I. Rok 1939. Rodzina, Starachowice, Polska. Widziane po raz ostatni.

 

English version

 

Kiedy wybuchła II Wojna Światowa mieszkałem w Polsce, w Starachowicach.

Tamtego dnia niebo pełne było niemieckich samolotów, które zrzucały bomby i wywoływały panikę wśród ludności cywilnej. Dopiero kilka godzin póĹşniej radio podało, Ĺźe Polska jest w stanie wojny z Niemcami i naleĹźy się spodziewać ogólnej mobilizacji. Jako Ĺźe w Starachowicach istniała wówczas fabryka broni, cywilni mieszkańcy, obawiając się silnych bombardowań, pakowali swoje rzeczy i przenosili się do okolicznych wiosek. Jako trzynastoletni chłopiec dołączyłem do nich i obrałem drogę na Pakosław, gdzie mieszkała moja matka. Zgadnijcie, co stało się póĹşniej …. Znalazłem się w centrum najsilniejszych walk! Niemcy całkowicie zniszczyli wioskę. Na Starachowice spadła tylko jedna bomba.

Myślę, że nie powinienem był ruszać się z miejsca.

Kiedy pojawili się naziści ze swoimi regimentami, rozpoczęły się konfiskaty. Ludzie byli wysiedlani z własnych domów, które były zajmowane przez Niemców. Miałem trzynaście lat, skończyłem juĹź szkołę podstawową i zostałem zapisany do szkoły średniej. Niestety, naziści zamknęli wszystkie szkoły średnie i nie pozwalali Polakom na zdobywanie wyĹźszej edukacji, co w moim przypadku oznaczało, Ĺźe znalazłem się na ulicy.

Rozpoczęły się „czystki” wśród Ĺťydów. Widziałem ich siłą pakowanych do bydlęcych wagonów. Znęcano się nad nimi. Ktokolwiek próbował opierać się był bity. PoniewaĹź jesienna pogoda nie była przyjazna wielu ludzi popychanych wpadało w błoto i nie było nikogo kto by im pomógł.

Kiedy Niemcy zakończyli juĹź to zadanie, rozpoczęło się wyłapywanie dziewcząt i chłopców. Pakowano ich do pociągów osobowych i wywoĹźono do Niemiec, do pracy jako robotników przymusowych. Wśród nich znalazłem się równieĹź ja. Był to ostatni raz, kiedy widziałem swoją rodzinę.

Jechaliśmy trzy dni i dwie noce z jednym tylko przystankiem na posiłek (nocą na stacji w Berlinie). W końcu dotarliśmy do celu. Był to obóz w Westfalii usytuowany około 40 kilometrów od granicy z Holandią gdzie przetrzymywano polskich jeńców wojennych. Po przybyciu zostaliśmy umyci, odwszawieni i dano nam posiłek.

Poprzez tłumacza poinformowano nas, Ĺźe zostaniemy przydzieleni do róĹźnych prac. Wielu ludzi wysłano do kopania rowów oraz zrzucania węgla z pociągów. Ja miałem szczęście, poniewaĹź pewien rolnik wybrał mnie do pracy na farmie. Do moich obowiązków naleĹźało codzienne poranne i południowe dojenie 10 krów. Podczas zimy karmiłem teĹź zwierzęta w oborach. Z biegiem czasu wykonywałem wszelkie czynności gospodarskie, jak orka, uprawa ziemi czy młócenie zboĹźa. Cokolwiek było do zrobienia na farmie, ja to robiłem!

Farma leĹźała niedaleko Muenster, wciśnięta pomiędzy lotnisko wojskowe i linię kolejową. Po przeciwnej stronie nasypu kolejowego znajdowała się bateria dział przeciwlotniczych. Od granicy z Holandią dzieliło nas około 80 kilometrów i byliśmy często bombardowani przez lotnictwo brytyjskie wybierające konkretne cele w tym rejonie. Działo się to głównie nocą. Od roku 1943, kiedy Amerykanie przyłączyli się do wojny, naloty odbywały się juĹź bez przerwy, dniem i nocą: Amerykanie dniem, Brytyjczycy nocą. Było to wstrząsające przeĹźycie szczególnie, gdy uĹźywali bomb zapalających. Nie istniały tam schrony przeciwbombowe dostępne dla ludności cywilnej, ale jakieś ćwierć kilometra od nas, pod linią kolejową, znajdowała się podziemna betonowa studzienka, która mogła pomieścić około 100 osób. Jej właśnie uĹźywaliśmy jako schronu podczas bombardowań.

Kilka zdarzeń głęboko zapadło mi w pamięć. Pamiętam jak pewnego razu spałem tak głęboko, Ĺźe nie usłyszałem syren alarmu bombowego. Zostałem gwałtownie zbudzony gdy moje łóĹźko dosłownie odskoczyło od ściany na około 30 centymetrów. Wyjrzałem przez okno i zobaczyłem niebo rozświetlone rakietami. Trwało bombardowanie. Tym co mnie obudziło była bomba, która wybuchła w pobliĹźu domu w wyniku czego jego ściana została uszkodzona. Instynktownie wyskoczyłem przez okno, które było tuĹź obok mojego łóĹźka, wskoczyłem na rower i popędziłem do schronu. Nie dotarłem tam jednak …..  Pamiętam uczucie jak jakaś ogromna siła wepchnęła mnie do okopu pomiędzy drogą a polem i wtedy straciłem przytomność. Nie wiem jak długo tam leĹźałem, lecz gdy się ocknąłem nade mną leĹźało wielkie drzewo a na nim zaś jakieś dwie tony ziemi. Wyczołgałem się spod niego i w tym samym momencie usłyszałem dĹşwięk syren odwołujących alarm bombowy. Zobaczyłem ludzi wracających z pobliskiego schronu. Zastanawiali się co mi się przytrafiło – ja teĹź chciałbym to wiedzieć!

Inne zdarzenie miało miejsce pewnej niedzieli około południa. Był piękny, jasny i słoneczny dzień. Właśnie wyszedłem na podwórze z obory i na tle nieba spostrzegłem samoloty. Wiele samolotów. Jeden z nich wypuścił czerwoną racę wskazującą cel bombardowania. W tej samej chwili rozległ się dĹşwięk syren alarmu przeciwbombowego. Ratując swoje Ĺźycie pobiegłem w stronę linii kolejowej i dotarłem do małego schronu. Był pełen ludzi i pozostało tyle tylko miejsca, Ĺźe zdołałem się ledwie wcisnąć przy drzwiach. Nagle ogromna siła popchnęła nas wszystkich na ziemię. Zaraz potem gwałtowny wstrząs otworzył drzwi. Naprzeciw nich ujrzeliśmy lej po bombie głęboki na 3 metry i roztrzęsionego niemieckiego Ĺźołnierza biegnącego w kierunku schronu. Zaraz za nim nadbiegł niemiecki oficer wołając: „Bierzcie szybko jakieś łopaty. Pod ziemią jest zasypany człowiek!” Zaczęliśmy kopać. Okazało się, Ĺźe człowiekiem tym był rosyjski jeniec wojenny. Musieliśmy go reanimować i udało mu się przeĹźyć. Amerykanie, którzy zwykle latali w ciągu dnia, zdecydowali się na nalot dywanowy, aby całkowicie zniszczyć wszystkie działa obrony przeciwlotniczej.

Rolnik, u którego pracowałem, był bardzo religijny. KaĹźdej niedzieli chodziliśmy do kościoła. Niedaleko farmy znajdowała się mała kapliczka, w której gromadziło się wielu miejscowych katolickich rolników. Początkowo polski ksiądz specjalnie dla nas Polaków odprawiał co tydzień mszę po polsku, ale w 1942 roku naziści zakazali tego.

Rolnicy mieszkający w tym rejonie nienawidzili Hitlera i ruchu nazistowskiego. Nie mieli jednak wyboru, musieli być posłuszni. Inaczej ryzykowali wywózką do obozu koncentracyjnego. Doświadczył tego niemiecki pasterz, który pracował ze mną na farmie. Miał tylko jedno ramię, drugie stracił w obozie koncentracyjnym, poniewaĹź ośmielił się sprzeciwić nazistowskiej niesprawiedliwości. Czasami humor moĹźna napotkać w najbardziej upiornych czasach…. Kiedy szedł on do toalety, miał w zwyczaju zostawiać drzwi szeroko otwarte i w momencie załatwiania potrzeby wołał głośno “Hail Hitler!”, podnosząc rękę w geście nazistowskiego pozdrowienia.

Robotnikom przymusowym nie wolno było spoufalać się z ludnością niemiecką. Istniały surowe zasady zakazujące nam jeść, spać i spędzać czas z Niemcami. Co jakiś czas SS przychodziło na inspekcje farmy i opuszczało ją ze „skarbami” takimi jak schinken (szynka), ukrytymi pod płaszczem.

Na okres sześciu miesięcy zabrano mnie z farmy i skierowano do grupy budującej duĹźy betonowy schron przeciwbombowy w pobliĹźu fabryki Messerschmit, na peryferiach Muenster. Praca była ciężka a racje Ĺźywieniowe nędzne. Na cały długi, ciężki dzień pracy dostawaliśmy litrową miskę wodnistej zupy (z kilkoma kawałkami rzodkiewki i ziemniaków), 20 gramów czarnego chleba i tyle samo końskiego salami. Bez przerwy chodziłem głodny.

Wypracowaliśmy pewien system zdobywania poĹźywienia. Wymiana dokonywana była pomiędzy rosyjskimi jeńcami wojennymi zamkniętymi wewnątrz fabryki, a robotnikami przymusowymi budującymi schron. Kiedy tylko wartę pełnił „przyjazny” Niemiec, jeden z Rosjan mógł przerzucać do nas przez płot biĹźuterię i pokazywać na palcach ile bochenków chleba chce w zamian. Dwa palce oznaczały bochenek chleba dla niego i drugi dla mnie. Handlowaliśmy biĹźuterią z niemiecką ludnością cywilną w zamian za talony na chleb. Dzięki temu mogliśmy dostać talony „ulubionej” piekarni zaopatrującej nas w pieczywo.

Farmer, dla którego wcześniej pracowałem, stale zamęczał władze niemieckie o mój powrót na farmę. W końcu mu się udało. Byłem z tego naprawdę zadowolony.

Gdy pracowałem przy budowie schronu w obozie pracy, dostałem spodnie i bluzę wykonane z jakiegoś rodzaju papieru. Kiedy wreszcie wróciłem na farmę, ubranie które nosiłem nie nadawało się do pracy i zaczęło się rozpadać. Przód spodni i koszuli praktycznie nie istniał. Aby się czymś okryć zmuszony byłem nosić jutowy worek. Po pewnym czasie rolnik zapytał, dlaczego ciągle noszę ten worek. Pokazałem mu w jakim stanie znajduje się moje ubranie. Był naprawdę wstrząśnięty. Powiedział, Ĺźe Ĺźaden robotnik w jego gospodarstwie nie będzie nosił czegoś takiego. Następnego dnia pojechał do miasta i kupił mi dwie pary porządnych spodni. Byłem bardzo szczęśliwy z tego powodu i wreszcie mogłem się uwolnić od jutowego worka!

W roku 1945 bombardowania były tak gwałtowne, Ĺźe na 75 hektarowej farmie, na której pracowałem, znajdowało się 5000 lejów bombowych. Niczego na tej ziemi nie dało się juĹź uprawiać. KaĹźdego dnia z alianckich samolotów zrzucano ulotki informujące nas o przebiegu walk. Dzięki temu wiedzieliśmy dokładnie co się szykuje.

 

(Ciąg dalszy nastąpi...)

Forum: Skomentuj, podziel się wrażeniami lub zadaj pytanie autorowi.